MOJE życie plus DWOJE dzieci. O najtrudniejszym, a zarazem najpiękniejszym wyzwaniu jakim jest macierzyństwo. A poza tym - o moim mieście, mojej muzyce, moich książkach. O tym co mnie fascynuje i porywa, a co przeraża. Garść przemyśleń i zapisków z mojego życia.
RSS
poniedziałek, 01 kwietnia 2013
Przeprowadzka

Blox znów płata mi figle.

Od dziś znajdziecie mnie tutaj.

Przeprowadzka z całym bloxowym dobytkiem już wkrótce.

15:47, ladetre
Link Komentarze (2) »
Złapać chwilę

i oddać jej piękno. Chwilę czyli jedną sekundę - taka myśl przyświecała organizatorom konkursu The Beauty of a second - uczestnicy mieli za zadanie nakręcić jednosekundowy film, który oddałby piękno życia zamkniętgo w chwilę. Z tych 1-sekundowych okruchów życia powstały cztery kompilacje - znajdziecie je tu.

Znacie?

Dużo przyrody, co raczej nie zaskakuje, mało muzyki - szkoda, ale tu rzeczywiście trudniej uchwycić piękno bez dźwięku. Stosunkowo mało dzieci - co mnie zdziwiło - podejrzewam jednak, że takich zgłoszeń było najwięcej, a tylko do kompilacji niewiele się dostało, co by monotematycznie nie było.

Co jeszcze zaskakuje? Że sekunda trwa tak długo.

Jest wielowymiarowo. Pięknie.

Więcej znajdziecie tu, a poniżej mała próbka:

I tu (ta kompilacja podoba mi się chyba najbardziej):

Tagi: piękno
15:28, ladetre
Link Komentarze (2) »
niedziela, 31 marca 2013
Pięknych Świąt

Przepełnionych radością i miłością.

W atmosferze bliskości, o którą czasem tak trudno na codzień.

Bogatych duchowo.

I... smacznych.

 

My tegoroczne Święta spędzamy nietypowo, bo w Kaliszu, a nie jak zwykle gdzieś w górach. Zresztą w zeszłym roku przez maniną chorobę też było nietypowo, bo pierwszy raz sami w Poznaniu.

Nie zdecydowaliśmy się na wyjazd, bo wiedzieliśmy, że w marcu przyjdzie na świat mały chłopiec, którego góry jeszcze nie będą interesować. Leoś urodził się 6 marca, ale nawet na wyjazd do Kalisza był jeszcze za mały - został z rodzicami w Poznaniu. W tym roku mamy więc Święta w kameralnym gronie i z zimową aurą za oknem - doprawdy nietypowo.

Tagi: wielkanoc
11:02, ladetre
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 marca 2013
Welcome back

Za wpis zabieram się po raz trzeci - dwa poprzednie pożarł blox. I nie wypluł. Nienawidzę go za to. I nie tylko za to, bo o tym, że Agora ma bloggerów gdzieś, mówi się od dawna. Do tego doszły gigantyczne reklamy na moim nagłówku, któych nie można wyłączyć - wkrótce opuszczę bloxa - ta myśl już długo we mnie dojrzewa, teraz tylko zastanawiam się, czy na wordpressa czy na bloggera i czy na własnej domenie. Ale do rzeczy:

Jeżeli myśleliście, że ten blog umarł już na zawsze, poważnie się myliliście. Jesytem, żyję i mam się dobrze. Musiałam po prostu porzucić na jakiś czas pisanie, by zająć się... szyciem.

Od jakiegoś czasu usiłuję zaprzyjaźnić się z Olgą - moją na przemian wyklinaną i ściskaną maszyną do szycia. Bo zamarzyło mi się szyć. I to przez duże SZ. Nie jakieś tam girlandy, maskotki, poduszki czy nawet zasłonki - choć jako rozgrzewka są niezłe. Mi się jednak marzy szyć spódnice, sukienki, bluzki, a może nawet płaszcze. Wybierać materiały, kopiować wykroje, kroić, odszywać, wszywać, nosić! Drogie to hobby, bo tkaniny, szczególnie te dobre tanie nie są - za metr Kaufmanna czy Millera trzeba zapłacić ok. 50 zł, a gdy na sukienkę potrzeba ok. 2,20 m - staje się to nieopłacalne. Dlatego tak na całego, od A do Z szyję tylko czasem, cześciej przeszywam to, co upoluję w second-handach, a że ostatnio poluję bezustannie, bo przecież nie mam się w co ubrać, to i przeróbek mam sporo - w szafie czeka na mnie piękna suknia ecru (niestety do kostek) i jeszcze piekniejsza ołówkowa spódnica (szkoda, że w rozmiarze 44). Jak przeszycie się uda, pochwalę się, a jak nie to nie.

Chciałabym też wrócić do pisania, do bloga. Nie obiecuję, że się uda, ale będę próbować, a więc stay tuned for more :-)

Tagi: szycie
14:47, ladetre
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 października 2012
Dead Can Dance w drugiej odsłonie

Gdy poznałam muzykę Dead Can Dance, nigdy nie przypuszczałam, że znajdę się kiedyś na ich koncercie, szczególnie, że mimo licznych zapowiedzi nowej płyty, w roku 1998 grupa zakończyła swoją działalność. Tymczasem okazuje się, że w marzenia trzeba wierzyć – wczoraj byłam na koncercie DCD i to już drugim!

Na koncercie znalazłam się wyłącznie dzięki Panu Mężowi, którego refleksowi i przytomności umysłu zawdzięczam posiadanie biletów. Wyczekiwał ich ze słusznym przypuszczeniem, że rozejdą się w kilka godzin. I choć kosztowały naprawdę niemało, rzeczywiście tak się zdarzyło. Wczoraj przed Kongresową stało mnóstwo tych, którzy nie zdążyli – mogłam więc sprzedać mój bilet za co najmniej 500 zł. Nie zrobiłam tego i nie żałuję. Bo koncert był niezwykły a wspomnienia zostaną na zawsze, jak słusznie stwierdził Pan Mąż, bocząc się, że 300 zł za kurtkę to dużo, bo ponosi ją 2-3 lata, a koncert zostanie z nim do końca życia. I pewnie tak jest. Pewnie dla takich chwil się żyje.

Koncert promował nową płytę DCD – Anastasis i to utwory z tej płyty go zdominowały. Zupełnie nie rozumiem więc wszechobecnego oburzenia, że zabrakło wielu sztandarowych utworów grupy. Było ich i tak więcej niż oczekiwałam, dlatego nie czuję się zawiedziona. Zresztą tych miałam okazję wysłuchać na koncercie w 2005 – tam grano greatest hits. A mimo tego wczorajszy koncert bardziej mi przypadł do gustu, choć ten z 2005 również był niezwykły. Jednak bardzo podobny do tego, co znałam z „Toward the within” – ta sama precyzja, ten sam image, zespół trwał niezmiennie przez kilka lat jakby zastygły w czasie. I wreszcie w 2012 roku przyszedł czas na coś zupełnie nowego – nowy skład – oprócz Lisy i Brendana nie było muzyków z dawnego składu, nowe utwory, nowe brzmienie, nowy image. Choć czuć było unikalny styl DCD, to było w tym jednocześnie coś świeżego, współczesnego. Nie miałam wrażenia, że jestem na koncercie „dinozaurów”, którym wierni pozostali tylko najwięksi fani, a na koncercie świetnej współczesnej grupy, która czerpie inspiracje zarówno z muzyki różnych krajów i kultur, dopuszczając do głosu współczesne trendy oraz technikę. Pewnie za sprawą Brendana było sporo elektroniki. W ogóle w moim odczuciu nowe DCD to raczej projekt Brendana, jego pomysł, jego wizja, w której jednak Lisa zgodziła się uczestniczyć i robi to w sposób niezwykły.

Dotychczas nie widziałam jej w takiej formie i nie sądziłam, że to możliwe. Po raz pierwszy widziałam, że się uśmiecha, że publiczność jej nie przeszkadza, że stara się wejść w jakiś relacje, w jakiś dialog z nią. Pierwszy raz poczułam od niej jakieś ciepło – nagle stała się namacalną kobietą (o anielskim głosie), a nie odległą, zamkniętą w swoim świecie nimfą. I nie tylko śpiewała fantastycznie, ale tak też wyglądała.

To wielka sztuka iść z duchem czasu, będąc wiernym sobie, zachowując to, co najważniejsze, co nas definiuje. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że DCD się to udało.

Dla porównania:
DCD 2005 – Sala Kongresowa

 

DCD 2012 – Sala Kongresowa



I choć szkoda, że skład był tak ubogi. Szkoda, że część podkładów leciała z komputera, to jednak były to niezwykłe dwie godziny. Plus bardzo ciekawy David Kuckhermann jako półgodzinny support.



Fragmentów wczorjaszego koncertu z youtuba nie wrzucam, bo nie popieram.
Tym bardziej, że wczoraj miałam ochotę zabić za to faceta siedzącego obok, który mi po oczach walił wyświetlaczem swojego telefonu. Za to wrzucam „Amnesia” - pierwszy singiel z nowej płyty.



niedziela, 14 października 2012
Nasza codzienność

Nasza codzienność to poranny wyścig z czasem i gnanie po pracy, żeby do 17 zdążyć odebrać dzieci ze żłobka i przedszkola. To obiady o 18, potem Bolek i Lolek z Reksiem i wreszcie upragniona godzina 19 - sygnał: kąpiel, czytanie, spanie. I nasze słodkie lenistwo, skutkujące zapuszczaniem domu i siebie poniekąd także.

Teraz jesteśny w Warszawie. Jutro koncert DCD, już drugi w naszym życiu.

Mamy namiastkę wakacji, których w tym roku nam zabrakło. Od wczoraj do wtorku bez dzieci, bez hałasu, krzyków, rozglądania się, spaceru w żółwim tempie. Można pójść do kina, na zakupy, na drinka. Jest czas dla siebie. I słychać ciszę.

A gdy zatęsknię, oglądam sobie to:



10:02, ladetre
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 września 2012
Mania - dwa latka

To wpis na wczoraj. Tylko wredne wifi odmówiło posłuszeństwa.

Dzisiaj Mania skończyła dwa latka.
Tak wyglądała, gdy tuliłam ją nad ranem równo dwa lata temu. Dzisiejsza blondynka w niczym już nie przypomina tej wiecznie śpiącej małej ciemnej kluseczki.

Po błyskawicznym porodzie Maniulka urodziła się przed trzecią, a ja nie zasnęłam do rana, wtulając się w nią i ciesząc tymi chwilami. Już wtedy wiedziałam, że czas z Manią, moje odkrywanie macierzyństwa po raz drugi będzie przepełnione spokojem i czułością, ufnością, pewnością i radością. Że będzie oparte na wsłuchiwaniu się w M. a nie na książkach i bzdurnych gazetkach. Nie mówię, że zawsze było łatwo, że nigdy się nie irytowałam, że nie miewałam dość. Ale czas spędzony z Manią na macierzyńskim i wychowawczym wspominam jako najpiękniejszy w życiu. Był moim dopełnieniem w macierzyństwie i kobiecości, w ogóle w życiu.
Maniusiu – patrzę na Ciebie, zastanawiając się, gdzie się podziały Twoje niemowlęce rysy, pulchne rączki, nóżki i policzki. Kiedy z bobasa zmieniłaś się w małą dziewczynkę? Czy po powrocie do pracy aż tyle mi umyka? Czy czas zaczął biec jakoś szybciej?

Tak było rok temu, gdy stawiałaś swoje pierwsze, niepewne jeszcze kroczki.

Dzisiaj biegasz i skaczesz, wejdziesz w każdą dziurę i dasz radę wspiąć się na każdą wysokość, z parapetem okiennym na czele (w końcu trzeba zrobić tatusiowi „papa”). Zaczynasz mówić pierwsze zdania. Gdy bawisz się pociągami i zdołasz już ułożyć im tory i połączyć wagony, nucisz „jedzie pociąg z daleka”. Lalkę i Misia sadzasz na krześle i karmisz, zabierasz na nocniczek i kładziesz spać, śpiewając „aaa, kotki dwa”. Dużo opowiadasz swoim zabawkom lub sobie samej przed snem. Nam też próbujesz powiedzieć coraz więcej, choć trudno się jeszcze z Tobą komunikować – nie lubisz odpowiadać na nasze pytania, wolisz sama coś opowiedzieć. Gdy to my pytamy, zazwyczaj powtarzasz wszystko jak papuga. I choć tatuś twierdzi, że Antek w tym wieku mówił lepiej, ja przekonana nie jestem.
A nawet jeśli, to na pewno nie zdmuchnął samodzielnie świeczek na swoim urodzinowym torcie, no i opanował nocniczka, co Tobie przyszło bez większych problemów i myślę, że lada chwila nadejdzie taki dzień, gdy w 100% pożegnamy się z pieluchami (no może za wyjątkiem nocy – na to mama jest zbyt wygodna).

Oto filmik - swoista dokuemntacja poczynań Mani (nawet jeśli mama Mani niczym blondynka obraca telefonem podczas nagrywania, to i tak najważniejsze jest na początku - Mania bawi się tematycznie, lalkami, misiami, w spanie, w siusianie, w jedzenia, projektuje siebie i żłobek na swoje zabawy i zabawki):

 


Maniulku, gdy tydzień temu zaczęło się z Tobą dziać coś dziwnego – gdy całymi dniami spałaś lub leżałaś, bez siły do jedzenia, zabawy czy choćby siedzenie, gdy Twoje ciałko było takie wiotkie a oczka bez życia, choć nie miałaś gorączki i nic nie wskazywało na jakąkolwiek chorobę, odchodziliśmy od zmysłów. Świadomość, że mielibyśmy Cię stracić, że mogłabyś ciężko zachorować, to najgorsze, co rodziców może w życiu spotkać. Na szczęście to minęło i choć nikt nie wie, co się działo przez te 3 dni, mam nadzieję, że ten koszmar nigdy się nie powtórzy. Że wypełnisz nasz dom tupotem swoich małych stópek, swoim śmiechem, krzykiem czy nawet płaczem – bo takie jest zadanie dzieci. Że wniesiesz w nasze
Nie ma nic przyjemniejszego, niż przytulać się do Ciebie, patrzyć jak śpisz lub podglądać jak się bawisz. Nie ma nic wspanialszego, niż świadomość, że bardzo mnie kochasz. Nie ma nic piękniejszego niż Twoja niewinność, łobuzerski uśmiech i dwie kitki.
Maniulku, kocham Cie z całych sił!
I dziękuję...
I po raz kolejny obiecuję być bardziej cierpliwą...

A tak wygląda Mania dziś:

 

18:02, ladetre
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 03 września 2012
Idzie nowe

Wiedziałam, że łatwo nie będzie. Że za łatwo przywiązuje się do ludzi i miejsc.
W piątek pożegnaliśmy żłobek „Guga Studio”, w którym Mania spędziła blisko rok. Żłobek ten Mania polubiła od pierwszego dnia – zupełnie nie płakała, adaptacja przebiegła w błyskawicznym tempie i miałam wrażenie, że autentycznie się cieszy, gdy tam idzie, a na widok jednej z cioć wręcz piszczała z radości. Wiem, że było jej tam dobrze, więc i mi było.W Gudze Mania spędziła naprawdę wyjątkowy rok, wspaniale się rozwinęła, dzięki otwartości, zaangażowaniu, cierpliwości i wielkiemu sercu opiekunek. Pozostanie nam pewnie ponad setka przeróżnych plastycznych plac, piosenki, wierszyki i wspomnienia.

Mimo że Dziecię miało wspaniałą nianię, która pokochała Antośka jak babcia, każdemu będę polecać żłobek – wspaniale usamodzielnia, adaptuje do życia w grupie, uczy tysięcy wierszyków i piosenek. Mania jest dużo odważniejsza, niż Antek w tym wieku, otwarta na inne dzieci i zabawę z nimi (najlepiej taką animowaną przez jakąś panią), sama zdejmuje buty i zakłada kapcie, sama je, sama się rozbiera (z wyjątkiem bluzeczek wkładanych przez głowę), wreszcie korzysta z nocniczka. Nie są to może jakieś nadzwyczajne umiejętności dla dwulatki, ale pamiętam, że Antek tego wszystkiego nie umiał. Za to zdecydowanie lepiej mówił – można było z nim pokonwersować, odpowiadał na pytania. Mania sama opowiada, co chce, a nasze pytania olewa.
Ale wracając do żłobka – dziś Mania debiutuje w Kreciku – po ponad półtorarocznym oczekiwaniu trafiliśmy do grona szczęśliwców łapiących się na żłobek miejski za jedyne 463zł. I tylko myślę sobie, dlaczego miejski musi być od razu taki zgrzebny, tym bardziej w mieście rzekomo know-how?!

PRL powitał nas od progu. Najpierw w postaci pani intendentki, u której należało uiścić powyższą opłatę, bo po co w XXI wieku mieć konto w banku. Odstawszy więc swoje w kolejeczce nieco tylko dłuższej niż w sieciówkach podczas wyprzedaży, po poszukiwaniu drobnych po obu stronach, udałam się do szatni – pomieszczenia obwieszonego dookoła szafkami, jakie wyposażały kuchnie większości polskich rodzin w początkach lat 80-tych. Stanęłam nieco zdezorientowana, bo w szatni nie było nikogo. Ubrałam więc Mani kapciuszki i poszłyśmy do pierwszej lepszej sali, gdzie usłyszałam tylko: „Szafka 19. Proszę wszystkie rzeczy tam umieścić i dopiero wtedy przyprowadzić dziecko.” Ok. Nie wiem, czemu przebrane dziecko nie mogło wejść na sale, ale zrobiłam jak mi powiedziano. Zajęło mi to trochę czasu, bo trafił nam się wybrakowany egzemplarz szafki z jedynie 3 nitami podtrzymującymi półkę, więc wszystko spadało, gdy nierównomiernie rozkładałam rzeczy, ale w końcu się udało. Pukam do drzwi powtórnie. Pani odwraca Manię i klep metrowy plaster na plecy – musiało się zmieścić: „Marianna Tomaszewska”. Każde dziecko tak chodziło. Nie z napisem: Mania, Hania, Piotruś, na koszulce z przodu tylko z pełnym imieniem i nazwiskiem na plecach. Dziwne i jakieś takie uprzedmiotawiające, przynajmniej dla mnie, nadwrażliwej na tym punkcie. Po plastrze pani chciała zamknąć drzwi. Nie spytała o nic. Ani mnie ani Mani. Nawet nie zrobiła z nią cześć, nie powiedziała „zrób mamie papa” albo „daj mamie buziaka i choć ze mną się bawić”. Nic. Wmurowało mnie. Powiedziałam tylko, że Mania jest bez pieluszki i że ze stresu może posikiwać, ale jeśli by nocnik stał w salce, choćby przy wyjściu, to na pewno będzie robić siusiu na nocnik. Niestety takiej możliwości państwowa placówka w swojej ofercie nie ma. Jest nocnikowanie albo chodzenie do toalety jak się komuś zachce. Toalet nie ma w salach, jak to ma miejsce np. w przedszkolu, o nie, to byłby zbytek luksusu – toaleta jest na końca korytarza. Pytanie tylko: po co? Bo jak 2- czy nawet3-letni maluch ma tam dobiec, podczas gdy każdy wie, że takie dziecko mówi i max. po 5 sekundach robi. No ale odpieluchować to mają rodzice, nie żłobek. Tylko jak? To nie jest ani proste ani szybkie, a w przedszkolu z pieluchą nie przyjmą. Czy więc czeka mnie w przyszłym roku urlop z Manią i nocnikiem?

Wiem, że Mania szybko się przyzwyczai i polubi swój żłobek. Myślę, że będzie jej tam dobrze, a to powinno być najważniejsze, ale nieustannie wkurza mnie, że w prywatnym można, a w państwowym nie, podczas gdy po dofinansowaniu z budżetu żłobki państwowe dysponują większą miesięczną stawką na dziecko. Te zgrzebne szatnie, brzydkie, tandetne wyposażenie sal, plastry na plecach i kitle na paniach, te sztywne zasady i traktowanie dzieci, jak małe nic nierozumiejące stworki, którymi trzeba się zaopiekować, pomóc zjeść i wytrzeć pupę. Traktowanie bez szacunku, nie na poważnie. Narzucenia ról i schematów, zamiast podążania za istotką. Ech... trudny czas.
Mani to pewnie przeszkadzać nie będzie, takie dziecko przyjmuje świat, jaki jest i szybko się podporządkowuje. To boli mnie. Bo wiem, że wychowanie procentuje w przyszłości, że teraz tworzą się jego podstawy. I jest mi z tym po prostu źle, że tak musi być. Że prywatny żłobek to duże obciążenie dla naszych finansów. A w panstwowym wszystko jest jak sanepid przykazał. Noc się nie zmieniło przez 30 lat. Mam tylko nadzieję, że za rozlaną zupę nie sadzają na tydzień w karnym stoliku w kącie, tyłem do reszty sali. Nie chcę, by Mania przeżywała to, co ja – a to jedno z moich pierwszych wspomnień z dzieciństwa – rozlana zupa mleczna, kara i płacz przez cały tydzień.

Moja piosenka na dziś:

czwartek, 05 lipca 2012
"Pina" Wim Wenders

Pina

 

 

Film niezwykły. Kolejne dzieło Wendersa. Obraz złożony w hołdzie jednej z największych choreografek - Philipinie Bausch. I choć nie miałam okazji obejrzeć go w kinie w 3D, i tak wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Od wtorku chodzę jak zaklęta w rytmie muzyki Jun Minyaki'ego.
Nie ukrywam, że choć od dawna chciałam obejrzeć ten film, nieco się go bałam, bo film oparty jest na tańcu, a to język zupełnie mi nie znany. Słowa nie padają w nim niemal wcale - mówić ma ruch, taniec, poza. Są co prawda luźne wspomnienia tancerzy, którzy pracowali z Piną, jednak i tutaj głos dochodzi z zza kadru, w którym ich twarze niemal się nie poruszają. Dlatego nie można powiedzieć, że to biografia czy dokument. O Pinie wiele się tu nie dowiemy, ale w końcy celem reżysera nie było przedstawianie biografii artystki, lecz pokazanie jej twórczości.
"Pina" na pewno nie jest filmem dla każdego - to nie jest prosta rozrywka z michą popcornu na kolanach, do jakiej nasze umysły są nieco przyzwyczajone, to prawdziwe dzieło - jest subtelne i wymagające, bo w końcu twórczośc Piny łatwa w odbiorze nie była. I choć nie trzeba być wielkim entuzjasta tańca, by zakochać się w tym filmie, to na pewno ktoś, komu taniec jest bliski, odbierze go zupełnie inaczej. Przyznam, że ciężko mi było się skupić przez pierwsze 20-30 minut, gdzie dominowały fragmenty najgłośniejszych sztuk Piny Bausch:  "Święta wiosny", "Vollmond" i "Café Müller" (tego ostatniego chyba przede wszystkim), potem jednak film zupełnie mnie pochłonął,  nie wiem, czy to kwestia tego, że fragmenty kręcone w Wuppertalu, gdzie tancerze ogrywali fragmenty różnych sztuk były łatwiejsze niż te z teatru czy też mój umysł przestawił się na inną wrażliwość. Nie mniej jednak fim wciągnął mnie tak, że po obejrzeniu całości wiele fragmentów obejrzałam jeszcze raz i jeszcze raz, i znów... I na youtubie oglądam do dziś.

Najbardziej zapadły mi w pamięć:

La prima vez - pieśń sefardyjska zaśpiewana przez Owaina Phyfe.

 

Oraz absolutnie ukrzekające "The here and the after" Jun Miyak'iego:


Bo w Pinie nie tylko taniec jest fascynujący, ale i muzyka. Wspaniale różnorodna, a jednak w jakimś sensie spójna.
Polecam wszystkim , którzy kochają sztukę i muzykę.

A najbardziej osobista refleksja: taniec, taki taniec przypomniał mi moją najlepszą przyjaciółkę ze studiów, która podobnie jak Pina uważała, że słowa są często bezradne wobec emocji. Pamiętam chwile, gdy wracałyśmy do domu, włączałyśmy muzykę, ja siadałam na kanapie, a Monika tańczyła. Uwielbiała to. Ruch był jej żywiołem i jedynym celem. Wiem, że z pewnością mogłaby powtórzyć za Piną: "Tańczcie, tańczcie, inaczej będziecie zgubieni".

Tagi: film muzyka
22:31, ladetre
Link Komentarze (1) »
wtorek, 03 lipca 2012
Dziecięcia życiowe mądrości

Pierwsze słowa, jakimi wita mnie Antek, gdy odbieram go z przedszkola brzmią:

- Mamo, a Jagoda się skaleczyła, jak byliśmy na ogródku.

- Chyba w ogródku - poprawiam.

- Na ogródku, pani Basia mówi na ogródku! - upiera się syn, a skoro pani Basia tak mówi, to matka wie, że Dziecięcia siłą żadną nie przekona, pyta więc zrezygnowana:

- No i co? Płakała?

- Tak, ale ja jej powiedziałem, że do wesela się zagoi. Do naszego wesela, mama - tu trzeba powiedzieć, że Antek z Jagodą tworzą parę niemal od roku, zgodną i wierną niebywale.

- A skąd Ty Antek znasz takie powiedzonka?

- Od pani Basi.

__________________________________________

 

Antek postanowił wykąpać spiuki i gumki Mani. Oczywiście nie przyszło mu do głowy, że matka może mieć coś przeciwko i być niezadowolona z jego prania i mycia. Po kilku minutach tlumaczenia z przykładami zdaje się jednak, że pojął, i co chodzi, bo obiecał:

- Mama, jutro będę grzeczniejszy. A pojutrze jeszcze grzeczniejszy. A pootem jeszcze grzeczniejszy i coraz bardziej grzeczniejszy.

- Mhmm, zobaczymy - mówi matka sceptycznie. A potem czyta Dziecięciu "Julka i Julkę" i zanosi do łóżka.

Gdy zasypiająca już Mania widzi brata, wstępuje w nią cała chyba energia wszechświata, w zmęczonego dotychczas Antka również. Zaczynają się harce, skakanie po łóżku, wygłupy.

Właśnie śpiewają "Budzikom śmierć". Antek wpadł nawet na pomysł, że śmierć to zbyt trudne słow dla Mani, postanowił je więc zmodyfikować, więc z dziecięceggo pokoju dochodzi mnie chóralne "budzikom bleeee".

Olewam te wrzaski, bo nie chcę być tą, która ich nakręci.A ostatnio niestety tak to działa - Antek nakręca Manię, ja nakręcam ich we dwójkę. Wszelkie zakazy to woda na ich młyn, więc olewam.

Byłam tam raz, dla formalności, mówiąc, żeby byli grzeczni i że Antek przecież obiecał. Na co Dziecię stwierdziło, że przecież od jutra obiecało nie od dziś: "Mama, od nocy mam być grzeczny? Od nocy? Nie można być grzecznym od nocy!". Matce zabrakło argumentów, więc się wycofała.

Z doświadczenia wiem, że niebawem Antek powie:
"To pa, Mania, koniec. Już koniec. Ucisz swoje dźwięki, chcę spać. Słyszysz?! Do widzenia pani Genia (kolejna przedszkolna mądrość, z której obydwoje się kilka minut pośmieją - Dziecię powtarzając ten tekst, Mania, odpowiadając ze śmiechem: "Dzenia"). Potem Antek chwilę powyje: "mama, ucisz Manię", bo Mania tak szybko się nie podda i będzie jeszcze próbować rozkręcić Antka, ale w końcu i ona padnie spocona i zmęczona do granic możliwości.

I tak ostatnio mijają nam wieczory.

Dziś czeka na mnie Pina.

Tagi: dziecko
20:20, ladetre
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Zakładki:
Autorka
Filmowo
Książkowo
Kulinarnie
Lubię popatrzeć czyli dizajn, foto itepe
Muzycznie
Najróżniej
Strefa dzieciaków i nie tylko
Światowe życie
Zapożyczyłam szablonik od:
Tagi
ARCHIPELAG